
Ktoś maluje łąkę pierwszy raz i po godzinie ma na płótnie zielony prostokąt. Trawa jest, kwiaty są, farby zeszło dużo — a obraz i tak wygląda jak jednolita plama, na której nic się nie dzieje. To najczęstsza usterka tego motywu i prawie zawsze bierze się z jednego: łąkę maluje się jako kolor, a powinno się ją malować jako warstwy.
Bo oko widzi na łące trzy rzeczy naraz, a ręka maluje jedną. Pierwsza to masa: zbita, ciemna, bez rysunku, siedząca przy ziemi. Druga to pojedyncze łodygi i kwiatostany, które z tej masy wychodzą i mają wyraźny kształt. Trzecia to prześwity — kawałki nieba, światła albo dalszego planu widoczne między roślinami. Kto namaluje samą masę, dostanie plamę. Kto namaluje same łodygi, dostanie rysunek zawieszony w próżni. Łąka zaczyna wyglądać jak łąka dopiero wtedy, gdy te trzy warstwy są rozdzielone.
Od tła i od miejsca najciemniejszego. Najpierw kładę całą przestrzeń, w której łąka ma stać: niebo, powietrze, ton dalszego planu. Potem ciemną masę u dołu, jeszcze bez żadnego kształtu. Dopiero na tym stawiam rośliny, od tych najdalszych i najbledszych do tych najbliższych. Ta kolejność jest nieodwracalna — jasnego kwiatostanu nie da się wydobyć z ciemnego tła, jeśli tła jeszcze nie ma, a ciemnego tła nie da się wcisnąć między gotowe łodygi, nie brudząc ich.
Kilka. Naprawdę kilka. Widz rozpoznaje łąkę po kilkunastu formach, które są czytelne, i wybacza wszystko, co dzieje się obok nich. Jeśli namaluje się dokładnie wszystko, obraz robi się głośny i znowu zlewa się w jedno, tylko tym razem w plamę szczegółów. Zwykle wybieram dwie, trzy rośliny na pierwszym planie, prowadzę je do końca, a resztę zostawiam jako sugestię: kreskę, jaśniejszy dotyk pędzla, cień.
Z temperatury barwy, nie z samej jasności. Zieleń bliska jest cieplejsza i bardziej żółta, zieleń daleka chłodniejsza i bardziej niebieska — i to samo w sobie buduje głębię, nawet gdy oba miejsca mają podobny walor. Rozpisałam to osobno w tekście o ciepłych i zimnych barwach w obrazie. W praktyce łamię też zieleń szarością albo różem: łąka, na której nie ma ani jednego miejsca bez zieleni, męczy oko.
Ja nie. Chodzę na łąki z aparatem, a maluję w pracowni — zdjęcie zatrzymuje mi kształt kwiatostanu na tyle długo, żeby dało się go rozłożyć na części. Efekt tego chodzenia widać w moich fotografiach przyrody, a to, co z niego zostaje po przejściu przez pędzel, w obrazach olejnych i akwarelach. Farba nakładana grubo, czyli impastem, pomaga przy tym najbardziej: kwiatostan, który fizycznie wystaje z płótna, sam łapie światło i nie potrzebuje już rysunku.