
Ktoś szuka obrazu z roślinami i w ciągu kwadransa trafia na cztery różne nazwy tego samego, jak mu się wydaje, tematu: ilustracja botaniczna, malarstwo botaniczne, martwa natura, abstrakcja botaniczna. To nie są synonimy. Różnią się tym, po co roślina znalazła się na obrazie — a od tego zależy, czy kupujący dostanie to, czego szukał.
To rysunek albo malarstwo, którego zadaniem jest opis gatunku. Roślina musi być rozpoznawalna: liczba płatków się zgadza, ulistnienie się zgadza, często obok głównego rysunku stoją jeszcze przekrój, nasiono i detal kwiatu. Tło zwykle jest białe, bo wszystko, co niekonieczne, przeszkadza w rozpoznaniu. Ilustracja botaniczna powstaje dla książki, atlasu albo zielnika i ocenia się ją tak jak opis — jest wierna albo nie. Znam tę robotę od środka: dyplom zrobiłam z ilustracji książkowej, w pracowni profesora Janusza Stannego na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Tym, że nie odpowiada przed gatunkiem. Roślina zostaje rozpoznawalna, ale malarz może ją powiększyć, obciąć kadrem, wyjąć z otoczenia albo pokolorować inaczej, niż wygląda w naturze. Nikt tu nie sprawdza liczby płatków — sprawdza się, czy obraz działa. Większość moich akwarel mieści się w tej kategorii: gatunek widać, ale kolor jest mój.
Martwa natura to nie tyle temat, ile sytuacja: rzeczy ustawione przez człowieka i namalowane razem. Kwiaty w wazonie, owoce na stole, ścięte gałęzie obok naczynia. Rozpoznaje się ją po tym, że roślina jest już oderwana od ziemi i wchodzi w relację z przedmiotem. Jeśli na obrazie z kwiatami jest jakikolwiek wazon, stół albo tkanina, to prawie na pewno martwa natura, a nie malarstwo botaniczne.
Abstrakcja botaniczna — i to jest nazwa, której ludzie szukają najrzadziej, choć takich obrazów kupuje się dziś najwięcej. Roślina jest w nich punktem wyjścia, a nie tematem: zostaje z niej rytm, kolczastość, sposób rozgałęziania, i to buduje kompozycję, w której nie da się już wskazać gatunku. Tak działa większość moich obrazów olejnych. Jak przebiega droga od konkretnej rośliny do takiej formy, rozpisałam osobno w tekście o tym, jak z rośliny robi się abstrakcja.
Bo chroni przed rozczarowaniem. Kto szuka pamiątki po konkretnej roślinie z ogrodu, będzie zawiedziony abstrakcją, choćby najładniejszą. Kto szuka dużej plamy koloru do salonu, uzna wierną ilustrację za suchą. Warto więc pytać sprzedającego wprost: czy gatunek ma być rozpoznawalny. Reszta — technika, format, cena — jest już łatwiejsza; pomocne bywają teksty o tym, jaki rodzaj obrazu pasuje do jakiego wnętrza i jak odróżnić oryginał od reprodukcji. O tym, skąd u mnie w ogóle wzięły się rośliny, piszę na stronie o mnie.