
Certyfikat autentyczności brzmi poważnie i przez to bywa nadużywany — sprzedawca reprodukcji też może dołączyć ozdobną kartkę z pieczątką. Wartość ma nie sam dokument, tylko to, co w nim stoi i kto go podpisał.
Sześć rzeczy, i brak którejkolwiek z nich powinien zwrócić uwagę. Tytuł pracy. Rok powstania. Technikę i podłoże — na przykład „olej na płótnie", a nie samo „obraz". Dokładne wymiary w centymetrach. Wyraźne stwierdzenie, czy jest to praca oryginalna, jeden egzemplarz, czy odbitka z określonego nakładu. I podpis autora — odręczny, nie nadrukowany.
Certyfikat wystawiony przez kogoś innego niż autor albo galeria, która pracę sprzedała, nie mówi nic. Nie istnieje żaden urząd, który poświadcza autentyczność współczesnych obrazów.
Zwyczajowo w prawym dolnym rogu, na licu pracy, ale to nie jest reguła — podpis bywa umieszczony tam, gdzie nie wchodzi w kompozycję. Ważniejsze jest, czym: sygnatura na oryginale jest wykonana tym samym materiałem co praca i leży na jej powierzchni, więc oglądana pod kątem odbija światło inaczej niż podłoże.
Na odwrocie zwykle znajduje się więcej: tytuł, rok, czasem wymiary i uwagi techniczne. Przy obrazie na płótnie warto tam zajrzeć, zanim praca trafi w ramę — potem będzie to trudniejsze.
Trzy rzeczy praktyczne. Przy ubezpieczeniu mieszkania certyfikat jest dowodem wartości pracy. Przy ewentualnej odsprzedaży jest częścią historii obrazu i wpływa na cenę. A przy konserwacji informacja o technice i roku powstania mówi konserwatorowi, z czym ma do czynienia — inaczej pracuje się przy świeżym oleju, inaczej przy akwareli sprzed dekady.
Każdą oryginalną pracę sygnuję i dołączam do niej certyfikat z wymienionymi wyżej danymi. Inkografie mają osobne oznaczenie — są opisane jako odbitki, z podaniem nakładu, i nigdy nie są sprzedawane jako oryginały.
Pozostałe warunki — sposób wysyłki, zwrot i możliwość obejrzenia pracy przed decyzją — opisałam na stronie Jak kupić.